Dzisiaj jest pierwszy dzień kolejnego grudnia mojego niezwykłego istnienia.
Ulice z rana skute lodem płyną teraz wąskimi strugami wody zabrudzonej spaliną, błotem i kurzem.
Samochody rozbryzgują to, co jeszcze kilka dni temu było śniegiem.
Na peronach skurczone zaspy wyglądają jak pierzynka pleśni.
Eskaemka znów spóźniona, znów będę musiał się tłumaczyć, znów zaparowały okulary i muszę czekać minut kilka zanim ze szkła zejdzie nalot.
Słucham ósmej Dworzaka, słucham jednego z najgorszych wykonań jakie słyszałem w moim życiu.
Pierwszy raz dyrygowałem wczoraj tą symfonią. Co prawda tylko fortepianem, który marnie udawał całą wielką orkiestrę, ale tę ostatnią miałem w głowie. Czułem się jak uosobienie władzy, jak ktoś, kto stojąc na tym sklejonym z kilku deseczek podeście ma w rękach nie kawałek patyka, którym może co najwyżej wydłubać komuś oko, ale jak ktoś, kto trzyma w rękach kawałek ciężkiego żelaza, który w połączeniu ze spustem może narobić wiele szkód- nie tylko akustycznych.
[Jadę teraz tym śmierdzącym nieco pociągiem i słucham. I na tę chwilę odstrzeliłbym już oboistę, flecistę, trębacza, waltornistę i jeden z pulpitów drugich skrzypiec. Może nawet kilka pulpitów.]
Wrócę do tego, że stoję na tym podeście sklejonym z kilku deseczek i z kawałkiem porządnego blatu przede mną. Na ów blacie, rozmiarowo przypominającym mi format brystolu, leży partytura. Partytura dla wszelkiej maści teoretyków i muzykologów, w której wszystko jest ściśnięte do granic możliwości, a granicami możliwości w tym wypadku jest kieszonkowy format b5. Nic tu nie widać, dobrze, że wyryłem sobie w głowie każdą pojedynczą nutę.
Dośpiewuję po kolei partie, których ktoś, kto bardzo starał się powierzyć wszystkie instrumenty dziesięciu palcom- nie zamieścił, uznając może, że mają drugorzędną wartość. Bądź nie mają jej wcale.
- Proszę Cię, nie śpiewaj.
- Kiedy tu nie ma połowy partii.
- Ale ty śpiewasz tak, jak ktoś miałby to zagrać.
- To chyba dobrze? W końcu... jestem dyrygentem.
Nieco to górnolotne, biorąc pod uwagę fakt, iż mój profesor nie uważa iżbym był wybitnym konduktorem tego symfonicznego, pędzącego stale pociągu.
- Bez takiej egzaltacji. Pod koniec części spadniesz z podestu.
I być może jest to prawdą. Nie należę raczej do szacownego grona dyrygentów, którzy stoją jak słup soli na tym podeście sklejonym z kilku deseczek, a w dupach mają sporych rozmiarów kołki. Powiedział bym raczej, że należę do tego typu dyrygentów, którzy w dupach mają robaki i lata obok nich tyle much, że co chwila odganiają je energicznymi ruchami rąk. Ale z jakąż to ekspresją te muchy odganiają!
- Batuta to metronom.
Z pewnością. I to taki metronom, który pierwszy raz w życiu ceni ekspresję, rubato, ritenuta i acceleranda. Bardzo sympatyczny metronom. Choć przecież tak bardzo nieprecyzyjny.
- Nie śpiewaj.
Jedno z najgorszych wykonań w moim życiu skończyło grać w słuchawkach. Wysiadłem z pociągu, pobiegłem na tramwaj i dla ukojenia znękanej wykonaniem duszy oddawałem się na przemian to Mikromusic, to Meli. I robiłem to przez następnych chwil kilka, dopóki tramwaj nie powiózł mnie na jakże paskudny przystanek "Akademia Muzyczna".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz